Bezpartyjni są największą siłą społeczną

Kontakt

 

Email

jfwojcik@wp.pl            

Telefon

00 48 513 008 277

 

Kpt. ż. w. mgr inż.

Józef Franciszek Wójcik

Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział Gdańsk

www.  jfwojcik.prv.pl                           jfwojcik@wp.pl

     t.  513 008 277                             http://sppgdansk.pl

 

 

 

 

 

Archiwum

 

Partia Jedności

Archiwum z wyborów prezydenckich

("Strona główna" i "O sobie" w całości bez zmian)

Bezpartyjni są największą siłą społeczną. Czy tylko ludzie powiązani z partiami mają monopol na sprawowanie władzy? Czas na bezpartyjnego prezydenta!!!

Józef Franciszek Wójcik

PREZYDENT RP 2010

"Człowiek i Ojczyzna"

Przy skłóconym parlamencie myśleć o współpracy, a nie o partyjnej walce, może tylko prezydent nigdy nie uwikłany w żadne powiązania partyjne.

 

Strona główna (archiwalna)

   Polska potrzebuje wielu reform, których bez zmian w postrzeganiu polityki oraz sposobie jej uprawiania przeprowadzić się nie da. Prezydent  nieuwikłany w działalność partyjną jest dziś wręcz koniecznością i może odegrać niebagatelną rolę  przy ponadpartyjnym porozumienia w ważnych  spraw ach dla Polski i Polaków.

   Chciałbym  w polskiej polityce dokonać wielu zmian, tak rewolucyjnych jak te, które wniósł Jan Paweł II do Kościoła, zmian opartych na miłości, dialogu i poszanowaniu drugiego człowieka. Chciałbym, by człowiek i Ojczyzna były w Polsce ponad partyjnym partykularyzmem.

   Nie mam zaplecza politycznego, to dobrze. Do przyszłej Kancelarii  Prezydenta RP na czołowe stanowiska mam zamiar mianować po równo przedstawicieli wszystkich ugrupowań – taki pas transmisyjny do dialogu. Będę słuchał i analizował, nim sam podejmę właściwą decyzję.

Witam w moim internetowym serwisie wyborczym.

     Do tych wyborów przygotowywałem się aż osiemnaście lat. To nie przesada! Nigdy jednak nie była to jedynie chęć kandydowania, próba zaspokajania jakichkolwiek ambicji, chorobliwych urojeń, bądź chęci sprawowania władzy. Polska jest za poważną sprawą, by pozostawić ją jedynie w rękach polityków. Jeśli państwo zapoznacie się, nawet pobieżnie, z treściami zamieszczonymi w tym serwisie, to dojdziecie do wniosku, że właśnie ja mogę być alternatywą dla kandydatów wszystkich partyjnych ugrupowań i dla kandydatów, którzy dziś mienią się politykami bezpartyjnymi, będąc wcześniej czołowymi działaczami różnych partii. 

     Dziś, gdy zamieszczam pierwsze fragmenty tej strony, moje poparcie sondażowe wynosi zero – może nawet mniej niż zero, bo nikt w mediach o mnie nie słyszał – ale zapewniam, że wybory prezydenckie 2010 zamierzam wygrać w pierwszej turze! Myślicie: zwariowany pomysł? Zapewniam, że nie, choć zdaję sobie sprawę z trudności tego zamiaru. Tak się składa, że w życiu robiłem już wiele rzeczy niemożliwych i wręcz niewiarygodnych. Jest tylko jeden warunek konieczny - przełożenie medialne takie samo jak u kandydatów partyjnych. Jeśli mnie bliżej poznacie – chociażby pobieżnie ze strony O sobie – dojdziecie Państwo do wniosku, że „może coś w tym jest”. Więcej o mnie można dowiedzieć się z książek, bo są to albo sytuacje z autopsji, albo zaczerpnięte z  historii rodziny. Na stronie Książki są zamieszczone fragmenty z dziewięciu napisanych przeze mnie książek. Zdjęcia i filmy zaprezentowane na stronie Galeria uzupełnią poznanie obrazem, a pozostałe informacje w trakcie kampanii wyborczej przekonają Państwa do stwierdzenia – „facet ma rację, na niego głosujemy!”

     Internet daje nam możliwość częstego i bezpośredniego kontaktu. Niech to miejsce stanie się więc forum, na którym będziemy rozmawiać o ważnych sprawach dla Polaków i Ojczyzny.

     Ze swojej strony dołożę wszelkich starań, aby informacje na tej stronie wyborczej były zawsze aktualne i zapewniam, że ta strona będzie często uzupełniana i na pewno pozostanie również ciekawą lekturą.

   Polityka i losy Ojczyzny każdego z nas dotykają w mniejszym lub większym stopniu, decydują też o losach naszych rodzin. W mojej rodzinie dobro Polski leżało na sercu od pokoleń, a skutki tego od urodzenia odciskały się na mnie głębokim  piętnem.

   Rodzina jest  najlepszym Instytutem Pamięci Narodowej i skarbcem historii:

- w 1658 r. otwarto  szkołę parafialną w Książnicach, przybył nauczyciel Skowron - pra…pradziadek mamy,

- prapradziadek ze strony ojca uciekł po Powstaniu Styczniowym do Ameryki

- pradziadek po zsyłce w 1940 r. zmarł na Syberii (z rodziny ojca zesłane 24 osoby, 9 nie przeżyło)

- obaj dziadkowie byli legionistami Piłsudskiego i żołnierzami 1920 r. (dziadek Pogoda po wyjściu z Armią Andersa razem z synem m/i. walczyli pod Monte Cassino. Dziadek ze strony matki, Strzelczyk, w latach dwudziestych był instruktorem łączności  Kompanii Akademickich UW, co w PRL dla byłego wojskowego oznaczało tylko kłopoty), - ukończyłem też dobre gimnazjum, do którego chodzili m/i: Łukasiewicz (nafta), gen. Sikorski i ostatni wybrany Prezydent na Uchodźstwie K. Sabbat.

-  Pogodówka dziadka leżała po sąsiedzku Witosówki (brat premiera W. Witosa).

   Te rodzinne uwarunkowania i tradycje zdecydowały o patriotycznej wrażliwości i o tym, że trzymałem się z daleka od PZPR, a potem  innych partii. Mój obecny start w wyborach prezydenckich 2010 nie jest więc działaniem przypadkowym.

  1 maja. Powyższe wiadomości były napisane jeszcze w styczniu, więc słowa dotyczące zamiaru wygrania wyborów, w dodatku pod warunkiem, miały głęboki sens, bo cały sposób realizacji tego zamiaru mógł być wykonany. Wszelkie logiczne przesłanki - konieczność przeprowadzenia wielu ponadpartyjnych reform, długo utrzymujący się pat polityczny w którym kłótnie i interesy partyjne są ważniejsze od  interesów człowieka i Ojczyzny, a nade wszystko powszechna dezaprobata dla jałowych partyjnych sporów oraz dążność do polityki dialogu i porozumienia utwierdzały mnie w tej  szlachetnej decyzji. Do dziś niezmiennie jestem przekonany, że była to jedyna i słuszna droga, by w Polsce zrobić wielki krok do przodu w wielu aspektach. Zamiar nigdy nie jest pewnikiem, lecz dążeniem do określonego celu. Nie startuję w wyborach, by zaistnieć bądź sprawdzić swoje struktury, jak to czynią partie, lecz jedynie dlatego, by wygrać i zrealizować szlachetny cel zastąpienia politycznych kłótni porozumieniem i realizować konieczne dla Polski reformy. Zamiar jest chęcią i celem i nie wolno nigdy tych rzeczy wrzucać do worka pewników i obietnic, a tym bardziej przechwałek i utożsamiać z zarozumiałością, bo to czyste nadużycie i całkowite nieporozumienie. Gdyby ten warunek konieczny - przełożenie medialne - był choć w części zrealizowany o wiele inaczej wyglądałoby również zbieranie 100.000 podpisów, nawet w tym szalenie krótkim czasie.

 

 

Bezpartyjni są największą siłą społeczną. Czy tylko ludzie powiązani z partiami mają monopol na sprawowanie władzy? Czas na bezpartyjnego prezydenta!!!

Józef Franciszek Wójcik

PREZYDENT RP 2010

"Człowiek i Ojczyzna"

Przy skłóconym parlamencie myśleć o współpracy, a nie o partyjnej walce, może tylko prezydent nigdy nie uwikłany w żadne powiązania partyjne.

 

O sobie (Strona archiwalna z wyborów prezydenckich)

Gdybym swoim życiorysem obdzielił  trzy osoby, to i tak każdy z nich byłby jeszcze bardzo ciekawy. Więc najpierw krótko:

  Od zawsze stroniłem od polityki, ale pogmatwany życiorys ciągle wpychał mnie w jej główny nurt, a los gotował mi coraz to nowe zaskakujące sytuacje i niezwykłe perypetie, bym nigdy od polskich spraw i polityki daleko nie odszedł . Prawie wszystko na ten temat napisałem w książce „Władca Hebryd”. Są to niezwykłe i zaskakujące sytuacje, więc lektura jest nader interesująca (70 b. ciekawych zdjęć!).

 

 

Moje zaangażowanie w sprawy polityczne na dobre zaczęło się na statku angielskim (byłem tam jedynym Polakiem), a potem ugruntowało się w straszliwym sztormie (składane 18 w skali Beauforta) gdzie wszystko mogło się zdarzyć – patrz „Władca Hebryd”. Potem potoczyło się: - konwersatorium „Poza układem” (PU), - „ekspert ekspertów” premiera Bieleckiego, - trzykrotny start w wyborach do Sejmu (w 1993 - lider PU Rzeszów. Lista zarejestrowana po procesie przeciw Okręg. Komisji Wyborczej. Udało mi się uchylić werdykt Prezes Sądu Apelacyjnego i 14 sędziów. Przy okazji poznałem kulisy Ordynacji wyborczej. Gdyby wtedy głosowała na mnie nawet cała Warszawa, moje prawdopodobieństwo dostania się do Sejmu wynosiło zero! Przeszło około 80 posłów, którzy mieli mniej głosów, niż ja. Start w wyborach jako bezpartyjny z listy PSL, a w ostatnich z PO, pozwolił mi poznać inne niuanse wyborczych manipulacji

   Urodziłem się 15. 03. 1947 r. w Książnicach k. Mielca na Podkarpaciu. Do końca szkoły podstawowej nazwisko matki - Strzelczyk, potem adoptowany i nazwisko ojczyma - Wójcik. I Liceum Ogólnokształcące w Mielcu i cztery lata pracy na akord przy wyrębie (wcześniej pomocnik murarza). Absolwent Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej - inż. kmdr ppor. (ale też rok nielegalnie w wojsku, jako cywil awansowany do stopnia mata, reprezentant Floty Gdynia w biegach na średnie i długie dystanse - nawet udział w mistrzostwach Polski, instruktor wychowania wodnego, podharcmistrz, praca inżynierska napisana w areszcie). Absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni (mgr kpt. ż. w.). Nawigator, z upodobania matematyk, wieloletni wykładowca WSM w Gdyni. Wykwalifikowany ogrodnik warzywnik i blisko 4 ha gruntów rolnych (około 1,5 ha lasu).

   Oficer statków szkolnych i na greckich tankowcach. Starszy oficer na statkach angielskich, belgijskich, niemieckich, duńskich, norweskich i kanadyjskich. Głównie jako chief oficer pływałem po wszystkich kontynentach na prawie wszystkich rodzajach statków: tankowce, masowce, drobnicowce, kontenerowce, drewnowce, żaglowce, statki szkolne. Trzy miesiące podczas wojny na Zatoce Perskiej, regaty Hongkong-Osaka, w afrykańskiej dżungli znalazłem opuszczoną wioskę murzyńską. Uczestnictwo w dwóch ekspedycjach arktycznych i trzech antarktycznych.

  

   Twórczość literacka zapoczątkowana w 1995 r. książką „Prezydent Hebryd” – to powieść autobiograficzna z przerywnikami morskimi, w drugiej warstwie poświęcona głównie posierpniowej sytuacji politycznej. Była przygotowywana na wybory prezydenckie w 1995 r. w których zamierzałem uczestniczyć. Już wtedy uważałem, że Prezydentem RP powinna zostać osoba nie związana z żadną partią polityczną. Książka najszybciej napisana, bo w ciągu dwóch miesięcy od rozpoczęcia do wydania - w tym jeszcze nauka pisania na maszynie. Zawiera realną autobiografię i nierealne wtedy marzenia, bo po ocenie sytuacji, w wyborach prezydenckich nie uczestniczyłem. Napisana słowem, symbolem i kolorem, z mistyfikacją i drugą warstwą. Ta książka poniekąd promowała w tych wyborach każdą osobę z poza elit politycznych, która w nich startowała. Legenda Benbekuli, jaka tam została stworzona, jest aktualna do dziś, a po piętnastu latach od powstania widać, że spełniła się w ponurej wersji. Nie zostałem wtedy politykiem, ale to dzieło spowodowało, że stałem się później pisarzem. Książki marynistyczne i podróżniczo-przygodowe: – dwa zbiory opowiadań i reportaży literackich, które w 1999 r. zostały wydane pod wspólnym tytułem „Morze, saksy i Dar Młodzieży” (do 2008 r. 6 edycji tego zbioru) – powieść „Siódme morze” - trzy edycje w latach 2000, 2003 i 2008 - powieść historyczna „Powrót na Kresy” – trylogia składająca się z tomów: „Rok 1920”, „Po latach”, „Los tułaczy”. Książka ściśle oparta na faktach, częściowo zbeletryzowana, która niejednokrotnie dotyka białych plam w naszej historii. Przez pryzmat losów dwóch kresowych rodzin ukazana została polska obecność na Kresach po roku 1920, poprzez lata II wojny światowej, aż do końca tułaczego losu, do 1958 r. W trylogii jest też wiele niezwykłych dokumentów, zdjęć i fragmentów z dziecinnych pamiętników. Do czytelników trafiło do 2008 r. ponad 20 000 egz. - W 2009 r. została wydana moja dziewiąta książka „Władca Hebryd”. Jest ona kontynuacją pierwszej powieści „Prezydent Hebryd”. W gruncie rzeczy jest to dokończenie pierwowzoru, z aktualnym spojrzeniem na naszą rzeczywistość do przełomu lat 2008/2009 i z przepięknymi zdjęciami. Mój udział w wyborach prezydenckich jest właśnie zdobywaniem książkowej Benbekuli. Jest w całości zamieszczona w formie cyfrowej na tej internetowej stronie. Stypendium dla twórców kultury. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Kapitanów Żeglugi Wielkiej, Akcji Katolickiej i Kresowiaków.

 

Żonaty, dwie córki lekarki, a syn II oficer statków morskich. Mój dom wybudowałem sam jako murarz, pomocnik, tynkarz, cieśla i dekarz. Po prostu sam robiłem wszystko – od wykopu pod fundament, aż po komin. Posesje ogrodziłem (około pół km płotu) i posadziłem setki drzew.

 

 

W książce „Powrót na Kresy” pisałem o zsyłkach Polaków na Sybir w 1940 r.(z mojej rodziny zostało zesłanych aż 24 osoby). By poznać klimat sam dobrowolnie „zesłałem się” w zimie na Daleką Północ i przez 4 miesiące przebywałem za kręgiem polarnym. Do Murmańska wchodziłem na 3–4 dni aż 11 razy! Tak zamarzniętych mórz i oblodzonych statków mało kto w życiu oglądał.

 

 

Znaleźć tak wielką mysz na Grenlandii nie taka łatwa sprawa. Spacer na Antarktydzie wśród dziesiątków tysięcy pingwinów robi niesamowite wrażenie.

 

 

Z żoną najczęściej wyjeżdżamy w ciepłe strony.

 

Robiłem różne rzeczy, udzieliłem nawet „morskiego ślubu”.

Strona będzie uzupełniana ciekawymi epizodami, których powyżej niejednokrotnie nawet nie wypunktowałem. To uzupełnianie będzie zaczynać się tu od „Dalej o sobie”.

15 kwiecień

Dalej o sobie

Pisanie o sobie tylko na pozór jest łatwe, bo nic tu nie trzeba wymyślać, ponieważ wszystko jest przecież ze wspomnień minionych faktów. Rzeczywistość nie jest jednak taka prosta, jeśli przy tym odsłania się swoje wnętrze do publicznej wiadomości. I nie dlatego to pisanie budzi opory, że mam coś do ukrycia, ale dlatego, że dzielę się swoim subiektywnym odczuciem zapisanym we własnej pamięci, które może być poczytane przez odbiorców na różne sposoby. Nadmierne i częste mówienie o sobie najczęściej świadczy o megalomani, a w najlepszym przypadku o skłonności do przechwałek.  Nie chcę być posądzany o cokolwiek z tych rzeczy. O sobie napisałem już sporo powyżej i najchętniej bym na tym poprzestał, ale przecież zdecydowałem się na bardzo poważny krok, więc chcąc czy nie, muszę wszystko wyciągnąć do końca i wyjaśnić Państwu motywy tej na pozór bezsensownej decyzji, jaką jest kandydowanie w wyborach prezydenckich bez wsparcia jakiejkolwiek partii. Wbrew pozorom jestem realistą, więc nie zdziwię się, że niektórzy być może ten krok z mojej strony poczytają  co najmniej za mało poważny, nawet jeśli zgadzają się, że nie wybieramy prezydenta partii lecz wszystkich Polaków. W tym „dalej o sobie” przybliżę Państwu kulisy tej w gruncie rzeczy niezwykłej decyzji. A więc chronologicznie:

            Zawsze twardo trzymałem swój polityczny kręgosłup przy polskich tradycyjnych wartościach, bo to nie tylko wyniosłem z domu, ale również od kołyski ciążyło na mnie wyjątkowo trudne fatum naszych dziejów. Odczułem to na własnej skórze jak mało kto, o czym w zasadzie na tej stronie już napomknąłem. Wychowywanie u dziadków o tradycyjnej i światłej polskości, zmiana nazwiska, ciężka praca, nielegalne dostanie się do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, a potem przeniesienie na wykładowcę do dzisiejszej Akademii Morskiej, gdzie na początku większość kolegów to przedwojenni oficerowie były twardą szkołą polityczną. Nie należałem do żadnej partii i nie angażowałem się w jakąkolwiek działalność partyjną (krótki epizod z PO w czasie ostatnich wyborów miał ten sam dzisiejszy cel), ale życie ciągle mnie w coś wplątywało. W zasadzie o dwóch tematach prawie nie pisałem: żyję, choć kilka razy nie powinienem już żyć, a drugi, jaki to ma związek z polityką i kandydowaniem w obecnych wyborach.

            Jeszcze przed ślubem, praktycznie z winy lekarzy,  przewlekłe odmiedniczkowe zapalenie nerek i ponad półtora miesiąca w szpitalu, a ze szpitala zostałem wypisany  po kilkukrotnym naleganiu z mojej strony i na własną prośbę (w szpitalu na Helu miałem szczęście trafić na dobrego doktora i wspaniałego człowieka) . Młody organizm zwalczył to, co dla doktora było prawie niezrozumiałe.

W latach siedemdziesiątych 7 razy w szpitalu na Oddziale Ocznym - nawet ściągany płyn z gałki ocznej – zapalenie tęczówki nawrotowe na tle reumatycznym. Na Okulistyce za każdym razem leżałem potem miesiąc do półtora, bo oboje oczu wykazywało się wyjątkową opornością na działanie leków. Potem zapalenie stawu biodrowego i okropne bóle kręgosłupa. Było tak, że nie mogłem się podnieść ani przewróci na łóżku – rozpoznanie ZSSK (zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa). Bywało, by wstać musiałem najpierw z trudem przewrócić się na brzuch, opuści na klęczki na podłogę, a dopiero potem próbowałem się podnieść zaciskając z bólu zęby. Nie narzekałem nawet przed żoną, musiałem kupić laskę. Po raz pierwszy usłyszałem rozmowę pielęgniarki z doktorem – „szkoda chłopa, taki młody i trójka dzieci”. Orzeczenie III grupa inwalidzka. Nie poddałem się, a organizm walczył razem ze mną, samopoczucie znacznie się poprawiło. Zdecydowałem się na niezwykłą kurację – pójść w zimie na statek w ciepłe strony.

Gdy pójdziesz do lekarza i narzekasz, to on zawsze znajdzie ci chorobę, ale jeśli idziesz do innego tylko po świadectwo zdrowia,  bez książeczki w której są jakieś zapisy i twierdzisz, że jesteś zdrowy jak byk, to jest jakieś prawdopodobieństwo, że świadectwo otrzymasz. Tak się stało.

Nie chciałem iść na wojnę na Zatokę Perską, odmówiłem mustrowanie na Athenian Wentcher i zamustrowałem na Athenian Xenophon, ale mimo to właśnie trafiłem na wojnę w Zatoce. Przez ponad trzy miesiące ciśnienie atmosferyczne nie spadało poniżej 1040, a termometr jakby się zaciął, bo nawet w nocy temperatura nie schodziła poniżej 25. Nic mi nie dolegało i los sprawił, że wbrew mojej woli spędziłem w ciepłym i suchym tropiku 11 miesięcy. W katastrofie Wentchera, gdzie odmówiłem mustrowania, wszyscy się spalili(33 osoby). Mnie przez 4,5 godziny i tak opłakiwali, nim się wyjaśniło, że jestem na Xenophonie.

Gdy po powrocie spotkałem lekarza, który mówił kiedyś do pielęgniarki „szkoda chłopa…”  bardzo się zdziwił, że nic mi nie dolega, wprost nie mógł w to uwierzyć. Opowiedziałem mu jak zafundowałem sobie kurację w suchym, pustynnym tropiku.

Hmm – zastanawiał się doktor – ja takiej kuracji nie jestem w stanie nikomu zaordynować. Być może po takim leczeniu ZSSK ustąpi. I ustąpiło, skończyły się również problemy z tęczówką.

Gdzieś po czterech latach znów trafiłem do szpitala, ale tym razem na Oddział Wewnętrzny. Robili różne badania i znów usłyszałem rozmowę lekarki z pielęgniarką „szkoda go, jeszcze młody. Te wskaźniki bezapelacyjnie potwierdzają nowotwór”. Przyjąłem to ze spokojem, bo to było już któryś raz, jak w prezencie podarowano mi życie, również na morzu. O Wentcherze już wspominałem, że wszyscy się spalili. Gdy na własne żądanie zszedłem z Nordfraktu statek się utopił. Na Nordbulku przeżyłem straszliwy hurikan poza wszelkimi skalami, co starczało na składane 18 stopni w skali Beauforta i to właśnie wtedy, gdy wszystko mogło się zdarzyć zrodził się pomysł startu w wyborach.

A czy ktoś z Was słyszał tuż koło ucha świst ciężkiego haka odrzutowego przymocowanego do łańcucha grubości ręki, który strzela w górę razem z łańcuchem na wysokość około 30 metrów pod naporem dziesiątków ton? Parę centymetrów, a z głowy nie zostałoby ani śladu. Nigdy wcześniej o tym nie wspominałem, ale straszliwy świst i zimny powiew przy lewej skroni czuję do dziś!

W ciągu ostatnich lat kilkakrotnie przechodziłem szczegółowe i rygorystyczne badania lekarskie w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej. Po zebraniu wszystkich testów i wyników i po dokładnym przebadaniu pan docent ostatnio stwierdził – ma pan wyniki dwudziestolatka. Dobrymi genami jest pan obdarzony. Czy to nie dziwne, skoro tyle razy już się nade mną litowali?

Morze uczy pokory i marynarze z natury są przesądni. Ze zrodzonego w niezwykłych okolicznościach postanowienia wewnętrznego, które jest takie bezwiedne i nie wiadomo skąd i dlaczego nie wolno zrezygnować.

W 1995 r. w szaleńczym tempie przelewałem na papier zrodzoną w hurikanie książkę, która miała być swoistą przepustką, symboliką i życiorysem, już wtedy przygotowanym do startu w wyborach prezydenckich, ale bez cienia realnej możliwości, na szczęście trochę za późno.

Wybory do parlamentu uważałem za ogniwo pośrednie, choć tak jak w „Poza układem” z góry wiedziałem, że prawdopodobieństwo wygrania wynosiło dokładnie zero i byłem tego w pełni świadomy, bo to wcale nie chodziło o parlament. Po każdych wyborach natychmiast ze spokojem i ufnością wypływałem w morze, bo byłem przekonany, że spełniłem obowiązek.

Po pierwszej kadencji prezydenta Kwaśniewskiego też było wszystko wiadomo, ale niezwykły finał miały dla mnie wybory prezydenckie 2005. Tego nie rozumiem do dzisiaj. Coś nieprawdopodobnego:

Miałem startować w wyborach prezydenckich tak samo jak dziś. 40 lecie ukończenia liceum i szkolny zjazd był miejscem, gdzie miałem oficjalnie to ogłosić. Do Mielca wyjechałem pociągiem, ale nim doszedłem do mamy nagle zaniemówiłem, całkowity nieżyt strun głosowych. Na koleżeńskim spotkaniu trzech klas mojego rocznika nie mogłem mówić nawet szeptem. Gdy mnie koleżanki i koledzy pytali, co się stało, próbowałem tłumaczyć, że jakieś zapalenie, a w końcu musiałem nawet najprostsze słowa pisać na kartce. Oczywiście, prób pisania o wyborach nie podjąłem. Zrozumiałem, że taka jest wola Opatrzności. Wygrał Lech Kaczyński. Nigdy ani przedtem, ani potem nie miałem żadnego zapalenia strun głosowych!

I jeszcze jedno. O zgodę na wyjazd do Katynia zwróciłem się do Prezydenta Kaczyńskiego informując, że startuję w wyborach 2010 jako kandydat niezależny. Otrzymałem miejsce w pociągu specjalnym razem z Jego doradcą z funkcją ministra.

Z trzech kandydatów w wyborach prezydenckich udających się na obchody 70 rocznicy Zbrodni Katyńskiej, do Katynia dotarłem sam. Mogę o tej niezwykłej symbolice mówić i krzyczeć. Czy można to wszystko zrozumieć? Jedno jest pewne - muszę walczyć do końca.